ŻYCIE

Jestem matką = nie mam czasu. Tak nie musi być!

Jak często używasz słów: nie mam czasu? Ja przyznam, że często, prawie codziennie. Bo dzieci, bo dom, bo zawsze coś się wydarzy, coś wypadnie, a to choroby, a to odwiedziny u rodziny, znajomych, to znów goście u nas, a to wszelkie święta, imprezy urodzinowo-imieninowo-rocznicowe, itd. Jestem pewna, że każda z nas mogłaby dopisać jeszcze długa listę rzeczy, które sprawiają, że nie mamy czasu. No kto jak kto, ale my kobiety, często do tego matki, to naprawdę nie mamy czasu. Ale to nieprawda! I pisze to ja – matka, żona, kobieta.

Nie mam na to czasu. Chyba mnie rozumiesz?

Lubimy, gdy inni przytakują, jak mówimy, że nie mamy czasu. Wściekamy się, kiedy ktoś odważy się odpowiedzieć „nie przesadzaj”. Zwykle nikt z naszego bliskiego otoczenia tak nie mówi, bo nie tego oczekuje się od przyjaciół, matek, sióstr, partnerów i mężów, prawda? Jak trafiłoby na te gorsze dni, mogłoby to skutkować wybuchem niekontrolowanego płaczu, zerwaniem kontaktów, a w najlepszym przypadku urażeniem dumy. A jeśli powiedziałby tak On – to ciche dni murowane. Ba! nawet widmo rozwodu zamigotałoby przed oczami, bo przecież skoro nie przytakuje, że tyle mam na głowie i na nic nie mam czasu, to mnie nie rozumie, a jak nie rozumie, to nie kocha… To zrozumiałe, że nie chcemy słyszeć od innych, zwłaszcza najbliższych, że przesadzamy, że inni też mają mało czasu, że dla wszystkich doba ma 24 godziny, że każdemu przytrafiają się nieoczekiwane problemy, że takie jest życie… Każdy ma ochotę się czasami najzwyczajniej w świecie wyżalić, wygadać, ponarzekać na swój los i to jest jak najbardziej ok, a nawet jest to potrzebne. Mi samej lżej na sercu, gdy usłyszę: „rozumiem”, „nie dziwię Ci się, tyle masz na głowie”, „wiadomo, że przy dzieciach nic nie zrobisz” i podobne pocieszajki. Tylko ostatnio zastanawia mnie, czy aby nie narzekam na brak czasu zbyt często. Czy mam aż tak źle, żeby w rozmowie z przyjaciółką tylko wzdychać i narzekać na to, czy tamto? Nie, no przecież jestem szczęśliwa. Tak naprawdę, szczerze szczęśliwa. I nie zamieniłabym swojego teraźniejszego życia na żadne inne. To po co ciągle narzekam, że na nic nie mam czasu? Przecież właśnie to narzekanie i użalanie pochłania sporo mojego cennego czasu…a przecież halo, ja jestem podwójną matką, ja nie mam czasu!

 „Ja to dopiero nie mam czasu…”, czyli dziwny ranking matek

Mam dwie córki: 3 lata 9 miesięcy i 13 miesięcy. Starsza zaczęła przedszkole, choroby jej nie omijają. Młodsza łapie od starszej, wiadomo. W okresie zimowym w domu szpital co tydzień na tydzień, albo i dwa. Młodsza na etapie raczkowania, nauki chodzenia, ząbków, marudzenia, częstych pobudek nocnych i porannych o 5 (a jakże!), rzucania jedzeniem i nie tylko, chęci zabawy w tej chwili akurat tym (i niczym innym!), czym bawi się siostra, itd. U Starszej, a to: „nie wstaje, bo się jeszcze nie wyspałam”, a to spodnie ją cisną (te same, które miała wczoraj i były ok), a to 5 minut przed wyjściem do przedszkola zaczyna zabawę, a to znów nie chce wyjść z przedszkola i foch, bo „chciałam się jeszcze pobawić” i różne historie niezliczone. Potrafi być ciekawie, same wiecie. Do tego mąż nie wraca z pracy o 15:05. A no i jest jeszcze dom, sprzątanie, wiecznie pełny kosz na pranie. Jest na co zwalić słynny brak czasu. Każda matka mogłaby rozpisać się podobnie. A jeśli do tego wszystkiego powiesz: „praca zawodowa” –  to automatycznie nabywasz prawo, żeby powiedzieć „- Ja to dopiero nie mam czasu”, zamykając usta matkom „niepracującym” i przodując w rankingu pt. ‚kto ma gorzej?’. I mówię to serio. Wiem i wierzę, że każda z Was ma mało czasu, nikt nie musi mnie do tego przekonywać. Kobiety mają ciężko, zgadzam się. Tylko po co nam ten wyścig? Sama nie raz usłyszałam, kiedy zrobiłam coś własnoręcznie dla dzieci (dziergany miś, filcowe karty do zabawy) lub zgłębiłam jakiś ważny dla mnie temat: „- Ty to jednak masz czas, skoro robisz takie rzeczy” i powiedziane to takim tonem, żebym nie miała wątpliwości, że w rankingu ‚kto ma gorzej?’ spadam na pozycję niższą niż osoba wypowiadająca to zdanie. Tylko dlaczego matki, (oczywiście nie wszystkie, piszę ogólnie o zaobserwowanym zjawisku) zamiast podkreślać pozytywne strony swojego życia, skupiają się na tych trudniejszych, chcąc przybrać zwycięskie miano mającej najbardziej przerąbane w okolicy? Jaki w tym cel? Na pewno nie doda to energii do działania, nie sprawi, że uśmiech pojawi się częściej na twarzy zwyciężczyni, nie zmotywuje do lepszego wykorzystania czasu, a jedynie przyniesie odwrotny skutek.

Mam ciężko… ale tylko tyle o mnie wiecie?

Zastanawiam się co mi z tego, że skupię się na tym, że mam „ciężko”, że jestem zmęczona, niewyspana. Długo nie miałam pomalowanych paznokci, bo przecież nie mam na to czasu. Nie czytam książek, bo nie mam na nie czasu. Nie uprawiam żadnego sportu, bo jakim cudem znalazłabym na to czas. Rzadko dzwonię do przyjaciółki, bo jestem taka zaganiana. Na wszystko, czego nie robię mam wymówkę: brak czasu. I nikt mi nie powie, że jest inaczej, bo jeśli tylko usłyszę „nie przesadzaj”, to wybuchnę. Otaczamy się ludźmi, którzy przytakują i rozumieją, że na co dzień nie mamy lekko. Tylko, jak pomyślę, że Ci sami ludzie, myśląc o mnie, mają przed oczami to, jak mam, delikatnie mówiąc, niefajnie i ciężko, jak jestem zmęczona życiem, jak mam dość wszystkiego, jak mi te dzieci żyć nie dają – to dopiero wtedy myślę, że przedstawiam im kłamliwy obraz siebie, bo przecież jestem szczęśliwa. Tylko skąd oni mają o tym wiedzieć, jak widzą i słyszą wieczne moje narzekania? Na pewno w Twoim otoczeniu znajdziesz osobę, o której pomyślisz: „ta to ma ciężko, szkoda mi jej, jest taka zmęczona”. I oczywiście są osoby, które uznamy, że mają prawo być bardziej zmęczone niż my i wygrają ranking „zmęczonych życiem” znajomych. Tylko uświadomiłam sobie, że ja nie chciałabym być na szczycie tego rankingu, w niczyjej głowie. A nawet w ogóle bym nie chciała być na żadnym miejscu w takim rankingu! Chcę, żeby ludzie, którzy mnie znają, przywoływali mnie na myśl, kiedy ktoś zapyta ich: „czy znasz kogoś szczęśliwego, kto ma fajne życie?”. Więc dlaczego, mimo że jestem szczęśliwa, tak mało osób o tym wie?

Przyjrzałam się swojemu czasowi. Chciałam sprawdzić, co się z nim dzieje, gdzie ucieka. Odkryłam to i niczym Archimedes krzyczę: heureka!, aż do dzisiaj. To czego się dowiedziałam, szczerze mówiąc, nie spodobało mi się. Bo właśnie oto straciłam moją bezpieczną wymówkę na wszelkie nierobienie. A co gorsza, straciłam imię dla mojego Lenia. Jak teraz wytłumaczę sobie, że mam nieumyte okna? Zawsze było: kurcze nawet nie mam czasu okien umyć, a takie brudne (tak wiecie, z takim wydźwiękiem, jakby moim marzeniem było je umyć, tylko nie mam czasu). A teraz co pozostało: mam nie umyte okna, bo… mam lenia? O matko moja, toż to brzmi strasznie. Ja mam lenia?! Ale tak. Taka prawda. Mam lenia. Moim odkryciem było to, że nawet przy dwójce małych dzieci, jeśli chcę, to potrafię wygospodarować troszkę czasu dla siebie, ale to, jak go wykorzystam zależy tylko ode mnie. Jeśli w wolnej chwili zechcę przejrzeć fejsa, obejrzeć serial, poczytać plotkarską gazetę, przeszukiwać Internety w celach mało ważnych, narzekać i smęcić, jak to nie mam na nic czasu, to rzeczywiście właśnie ten czas straciłam. I znów nie mam czasu zrobić tego, co planowałam od jakiegoś czasu. Tego czasu nie jest dużo, to fakt, ale najważniejsze, że jest – może nie codziennie – ale jest i najfajniejsze jest to, że mogę z nim zrobić co chcę! Zechcę w tym czasie podpatrywać życie innych na fejsie, mój wybór, tylko nie mogę tłumaczyć sobie potem, że nie czytam książek, nie ćwiczę, nie rozwijam się, bo nie mam czasu. Prawda jest taka, że jeśli czegoś nie robię, to znaczy, że nie chcę tego robić. Znajduje czas na wszystko, czego bardzo chcę. Jest to trudne i dopiero uczę się zarządzania czasem, ale już wiem na pewno, że wszystko jest możliwe do zrealizowania – nawet, kiedy się jest matką. Niejedna kobieta już pokazała ile wspaniałych rzeczy można robić będąc jednocześnie matką, żoną, pracownicą i do tego pasjonatką – dla mnie to kobiety sukcesu i warto, żeby ich historie były dla nas motywacją. Sztuką są odpowiednie wybory i umiejętność  rezygnacji z „pożeraczy” czasu, które nie dają nam radości. Od kiedy to odkryłam, nagle znalazłam swój utracony czas, który mogę przeznaczyć na swoje pasje, czyli coś, co przynosi masę satysfakcji, co sprawia, że pojawia się więcej uśmiechu na mojej twarzy każdego dnia.

Tobie też życzę znalezienia czasu na to, co chciałabyś robić, bo on „gdzieś” jest, ale to Ty sama musisz dojść do tego – gdzie?

 

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.